Mit „business English” – skąd się wziął i dlaczego robi krzywdę kandydatom
Skąd w ogóle wziął się pomysł na „osobny” business English
Wyrażenie business English brzmi efektownie. Sugeruje, że istnieje jakiś specjalny, tajemniczy dialekt angielskiego, którym posługują się tylko prezesi, konsultanci i finansiści na 50. piętrze szklanych biurowców. To przekonanie jest bardzo wygodne dla szkół językowych i wydawnictw – można sprzedawać „kursy dla kadry menedżerskiej”, „pakiety premium” i „specjalistyczne programy”. Problem w tym, że w zdecydowanej większości zawodów taki odrębny język po prostu nie istnieje.
W praktyce „business English” oznacza najczęściej zwykły angielski ogólny, uzupełniony garścią słownictwa typowego dla biura: terminy związane z mailami, fakturami, spotkaniami, umowami, prostymi prezentacjami. To nie jest inny język, tylko konkretny kontekst użycia tego samego angielskiego. Dokładnie tak jak polski w pracy nie staje się innym językiem – po prostu używasz trochę innego słownictwa niż w rozmowie z przyjaciółmi.
Mit „business English” jest wzmacniany przez ogłoszenia o pracę: „wymagany business English”, „business English na poziomie B2/C1”, „swobodna komunikacja w środowisku biznesowym”. Kandydatom miesza to w głowach i rodzi przekonanie, że bez specjalnego kursu nigdy nie będą mówić „jak w korpo”. Tymczasem rekruterzy zwykle oczekują… zupełnie czegoś innego.
Dlaczego mit „business English” blokuje rozwój zawodowy
Wiara w konieczność „osobnego języka” ma kilka nieprzyjemnych skutków. Po pierwsze, wiele osób odkłada aplikowanie na lepsze stanowiska, bo „najpierw muszę podszlifować business English”. Po drugie, kandydaci skupiają się obsesyjnie na nauce pojedynczych, brzmiących mądrze słów, zamiast rozwijać to, co rekruterów interesuje najbardziej: płynną komunikację i jasne tłumaczenie swoich myśli.
Efekt? Osoba, która spokojnie poradziłaby sobie na rozmowie, rezygnuje, bo „nie zna fachowej terminologii”. Inna spędza miesiące na listach słówek typu synergy, benchmark, leverage, a nadal nie potrafi krótko opowiedzieć po angielsku, czym zajmowała się w poprzedniej pracy. Mit „business English” buduje wrażenie, że prawdziwy angielski w pracy to jakaś odległa liga, dostępna tylko wybranym.
To także świetne wytłumaczenie dla naszego wewnętrznego krytyka: „Nie jestem jeszcze gotowy, bo nie mam business English”. Takie zdanie skutecznie utrwala paraliż językowy i pozwala latami tkwić w poczuciu „jeszcze nie teraz”.
Jak naprawdę używa się angielskiego w firmach
Rzeczywistość jest dużo bardziej przyziemna niż marketing kursów. W większości międzynarodowych firm angielski w pracy sprowadza się do kilku typów działań:
- pisanie i czytanie maili i komunikatorów (Teams, Slack, Zoom chat),
- udział w spotkaniach projektowych i krótkich statusach,
- przygotowanie prostych prezentacji (np. kilka slajdów z wynikami),
- rozmowy 1:1 z przełożonym lub klientem,
- czytanie dokumentacji, procedur, raportów.
W każdym z tych przypadków potrzebny jest ten sam język, którego uczysz się w standardowym kursie: czasy, podstawowe konstrukcje, pytania, argumentowanie, wyrażanie opinii, opisywanie procesu. Oczywiście dochodzi do tego słownictwo branżowe, ale ono też w większości opiera się na logicznych pojęciach, a nie na magicznych formułkach.
Jeśli więc masz solidne B1/B2 z angielskiego ogólnego i jesteś w stanie opowiedzieć o swoim dniu, obowiązkach, planach i problemach, jesteś znacznie bliżej „business English”, niż Ci się wydaje. Bardziej niż osobnego języka potrzebujesz przeniesienia tego, co już umiesz, w konkretne sytuacje zawodowe.

Czego tak naprawdę chce rekruter, gdy pyta o angielski
Komunikacja ponad perfekcją – priorytety rekrutera
Rekruter, który ma sprawdzić angielski, zwykle ma kilka prostych pytań w głowie:
- Czy ta osoba dogada się z zespołem/klientem bez ciągłego proszenia o pomoc?
- Czy będzie w stanie wytłumaczyć, co robi, jakie ma problemy, czego potrzebuje?
- Czy zrozumie maila, taska, procedurę bez pięciu godzin z translatorem?
- Czy w sytuacji stresowej (awaria, zmiana projektu, konflikt) nie zablokuje się całkowicie językowo?
Wbrew temu, co podpowiada wyobraźnia, mało który rekruter oczekuje od kandydata akademickiego C2, idealnego akcentu i zero błędów. Krytyczne jest coś innego: czy jesteś w stanie normalnie pracować w tym języku. Mówiąc wprost – czy po dwóch tygodniach na pokładzie nie trzeba będzie nagle przenosić wszystkich spotkań na polski.
Dlatego w trakcie rozmowy znacznie ważniejsze od „fancy słówek” jest to, czy:
- mówisz w miarę płynnie, nawet jeśli czasem zrobisz błąd,
- potrafisz parafrazować, gdy czegoś nie pamiętasz,
- zadajesz klarowne pytania,
- nie panikujesz, gdy ktoś mówi szybciej lub z akcentem.
Jak rekruter ocenia poziom angielskiego w kilka minut
Krótka rozmowa po angielsku mówi o kandydacie znacznie więcej, niż mu się wydaje. Osoba po drugiej stronie nie robi w głowie testu gramatycznego – zamiast tego obserwuje kilka praktycznych aspektów:
- Start rozmowy – czy jesteś w stanie swobodnie wejść w small talk, przywitać się, odpowiedzieć na lekkie pytania typu „How are you?”, „How was your day?”, „Did you have any trouble finding us?”.
- Opowiadanie o doświadczeniu – czy potrafisz w 2–3 zdaniach streścić poprzednią rolę bez zająknięcia przy każdym czasowniku.
- Reakcja na pytania dodatkowe – gdy rekruter dopytuje „Can you give me an example?”, czy umiesz rozwinąć odpowiedź, czy wpadasz w panikę.
- Rozumienie – jeśli poprosi, żebyś podsumował jego pytanie albo zinterpretował krótką sytuację, czy łapiesz sens.
- Stres – czy mimo nerwów jesteś w stanie kontynuować, czy kompletnie się zacinasz.
Jedna z częstszych obserwacji rekruterów: kandydat przeprasza za swój „słaby angielski”, po czym przez 20 minut klarownie opowiada o projektach, błędach i sukcesach. Poziom B1/B2, ale komunikacja jest stabilna. Obok inny kandydat chwali się „business English C1”, a na prostym pytaniu „What was the most challenging part of your last project?” zacina się na pół minuty i odpowiada jednym zdaniem.
Co jest ważniejsze niż „ładne słówka”
Na większości stanowisk rekruterzy przedkładają funkcjonalność języka nad ozdobniki. Znacznie wyżej punktują kandydata, który:
- umie powiedzieć prosto i konkretnie: „The client changed the requirements, so we had to redesign the whole module”, niż takiego, który szuka wyszukanych zwrotów, ale gubi sens,
- zamiast szukać słowa „impediment”, powie „a problem that stops the project” i idzie dalej,
- zamiast milczeć, powie: „I’m not sure if I understand correctly, do you mean…?” i sprawdzi, czy dobrze rozumie pytanie.
W praktyce liczy się więc odwaga w używaniu prostego języka. Dla wielu Polaków to trudne, bo w szkole uczono, że„prościej” znaczy „gorzej”. Tymczasem w środowisku międzynarodowym zbyt skomplikowany język częściej przeszkadza niż pomaga. Rekruterzy bez wahania wybiorą kogoś, kto mówi zwyczajnie, ale jasno, niż osobę, która próbuje błysnąć słownictwem, a nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie bez czytania z kartki.

Poziomy językowe a oczekiwania w pracy – brutalnie szczerze
Jak firmy rozumieją B1, B2, C1 w kontekście pracy
W ogłoszeniach często pojawia się „minimum B2”, czasem „C1”, rzadziej „komunikatywny angielski”. Problem w tym, że te etykietki rzadko są używane precyzyjnie. Rekruter wpisuje „B2”, bo tak brzmi profesjonalnie, ale w praktyce potrzebuje osoby, która po prostu:
- napisze maila bez dramatycznych błędów,
- weźmie udział w spotkaniu i zrozumie, o co chodzi,
- zrelacjonuje po angielsku, co zrobiła w tym tygodniu.
Uproszczony, praktyczny opis poziomów w kontekście pracy może wyglądać tak:
| Poziom | Co faktycznie umiesz w pracy | Ryzyko na rozmowie |
|---|---|---|
| A2/B1 | Rozumiesz proste polecenia, umiesz powiedzieć, co robisz, ale długo szukasz słów. | Rozmowa po angielsku może być męcząca, duży stres, częste zacinki. |
| Stabilne B1/B2 | Radzić sobie w większości sytuacji w pracy, nawet jeśli robisz błędy. | Typowy poziom wystarczający na wiele stanowisk nieklienckich. |
| Solidne B2 | Sprawnie prowadzisz spotkania, tłumaczysz złożone kwestie, mailujesz bez większych problemów. | Wystarczające nawet na stanowiska z kontaktem z klientem. |
| C1 | Swobodnie negocjujesz, prezentujesz, żartujesz; język nie jest barierą. | Wymagane głównie na wysokie, mocno międzynarodowe stanowiska. |
W praktyce większość stanowisk biurowych, IT, marketingowych, HR, finansowych spokojnie obskoczy solidne B1/B2, o ile spełnione są dwa warunki: nie boisz się mówić i potrafisz funkcjonować w codziennych sytuacjach zawodowych.
Kiedy „komunikatywny angielski” naprawdę wystarczy
Określenie „komunikatywny angielski” jest szerokie jak autostrada i bywa nadużywane. W wielu firmach oznacza po prostu: umiesz się dogadać. Typowe sytuacje, gdzie „komunikatywny” naprawdę wystarcza:
- stanowiska wewnętrzne, gdzie większość zespołu jest polska, ale dokumentacja jest po angielsku,
- praca, w której sporadycznie uczestniczysz w międzynarodowych statusach, ale zwykle tylko raportujesz kilka zdań,
- role, gdzie używasz angielskiego głównie pasywnie – czytanie maili, procedur, specyfikacji,
- firmy, w których zarząd jest zagraniczny, ale kontakt masz rzadko.
W takich sytuacjach ważniejsze od „ładnego” angielskiego jest to, że nie uciekasz od języka. Jeśli na codzień, zamiast prosić o tłumaczenie, otwierasz dokument po angielsku, kombinujesz, pytasz, doprecyzowujesz, to dla pracodawcy jest sygnał, że dasz radę.
Kiedy naprawdę trzeba mierzyć w wyższy poziom
Istnieją role, gdzie bez mocnego B2/C1 będzie zwyczajnie ciężko:
- sprzedaż i obsługa klienta zagranicznego – trzeba reagować szybko, negocjować, tonować napięcia, czasem łapać niuanse,
- role menedżerskie w międzynarodowych zespołach – feedbacki, trudne rozmowy, prezentacje dla zarządu,
- consulting, audyt, doradztwo – sporo wystąpień, telekonferencje, mailowe „polityczne” komunikaty,
- szkolenia, teaching, facilitation po angielsku – tu język jest częścią produktu.
Jeśli celujesz w takie stanowiska, zwykły „komunikatywny” angielski może już nie wystarczyć. Tu faktycznie przydaje się większy zasób słownictwa, płynność, pewność w wypowiedzi i gotowość do prowadzenia spotkań. Ale nawet wtedy mówimy dalej o tym samym języku – tylko na wyższym poziomie użycia, a nie o magicznym „business English”.

Rozmowa rekrutacyjna po angielsku – jak naprawdę wygląda
Typowe pytania i zadania językowe
Jakich pytań po angielsku naprawdę możesz się spodziewać
Większość rekruterów korzysta z dość podobnego zestawu pytań. Brzmią jak klasyczne „HR-owe” formułki, ale ich celem jest głównie sprawdzenie, czy umiesz opowiedzieć o sobie i pracy w prosty, uporządkowany sposób. Typowe kategorie:
- Small talk / rozgrzewka
„Can you tell me a bit about yourself?”, „What do you like to do after work?”, „How was your weekend?” – tutaj liczy się płynność i swoboda, nie słownictwo. - Doświadczenie
„Can you walk me through your last role?”, „What were your main responsibilities?”, „Which project are you most proud of?” – kluczowe jest, żebyś miał gotowe, krótkie historie. - Trudne sytuacje
„Tell me about a challenge you faced at work.”, „How did you handle a conflict in your team?” – rekruter sprawdza, czy umiesz opisać problem, działanie i efekt. - Organizacja pracy
„How do you prioritize your tasks?”, „How do you deal with tight deadlines?” – chodzi o pokazanie, że ogarniasz codzienność. - Motywacja i dopasowanie
„Why do you want to join our company?”, „What are your expectations for this role?” – tu ujawnia się, czy rozumiesz firmę i stanowisko.
Te pytania brzmią groźnie, jeśli przygotowujesz się „na żywioł”. Gdy jednak masz w głowie kilka prostych schematów odpowiedzi, angielski przestaje być głównym problemem – ważniejsze staje się to, co mówisz.
Proste schematy odpowiedzi, które ratują rozmowę po angielsku
Wiele osób blokuje się, bo próbuje w głowie tłumaczyć z polskiego skomplikowane zdania. Zamiast tego lepiej mieć kilka gotowych szkieletów, które nakładasz na różne pytania. Oto kilka takich „ram”, które działają w większości sytuacji:
- Opis doświadczenia (rola)
„In my last role as [position] at [company], I was mainly responsible for [2–3 key tasks]. I worked closely with [people/teams] and focused on [główne cele].” - Opis projektu
„One important project I worked on was [project]. The goal was to [cel]. My role was to [Twoje zadania]. As a result, we [konkretny efekt].” - Trudna sytuacja (model problem–działanie–efekt)
„We had a problem with [situation]. I decided to [your action]. It helped us to [result]. I also learned that [wniosek].” - Odpowiedź na pytanie, którego nie rozumiesz
„I’m not sure if I understood correctly. Do you mean [Twoja interpretacja]? If yes, then…” - Chwila na zastanowienie
„That’s a good question. Let me think for a second.” / „I need a moment to find a good example.”
Takie schematy nie brzmią jak z podręcznika, jeśli wypełnisz je konkretem z własnej pracy. Zyskujesz dwie rzeczy naraz: łatwiej utrzymać płynność i szybciej uporządkować myśli.
Jak reagować, gdy zabraknie Ci słowa po angielsku
Największy lęk kandydatów: „zapomnę słowa i będzie koniec”. W praktyce rekruter patrzy, co zrobisz dalej. To moment, w którym możesz albo się zablokować, albo pokazać, że umiesz sobie radzić.
Kilka prostych trików „awaryjnych”:
- Parafraza po ludzku
Zamiast szukać „sophisticated vocabulary”, wytłumacz słowo opisowo:
„I don’t remember the exact word, but it’s like… a tool that helps you manage tasks in the team.” - Uproszczenie myśli
Jeśli gubisz się w długim zdaniu, utnij je i zacznij prościej:
„Let me say it in a simpler way. My main point is that…” - Most językowy
Gdy kompletnie brakuje Ci słowa, użyj szerszego pojęcia:
zamiast „requirements gathering” – „talking to the client and understanding what they need”.
zamiast „performance bottleneck” – „a part of the system that was very slow”. - Zaproszenie rekrutera do pomocy
„I’m looking for the word… it’s when the system is very slow because of one element.”
Jeśli rekruter podpowie, to nie jest „wpadka”, tylko naturalna rozmowa.
Kandydat, który umie wybrnąć z takiej sytuacji, często wypada lepiej niż ten, który nagle milknie lub przeprasza za „tragiczny angielski”.
Co mówi o Tobie sposób, w jaki mówisz po angielsku
Podczas rozmowy język jest tylko częścią obrazu. Styl komunikacji potrafi zdradzić rzeczy, których nie powiesz wprost w CV. Rekruter wyciąga wnioski na podstawie tego, czy:
- trzymasz strukturę – czy Twoje odpowiedzi mają początek, środek i koniec, czy zaczynasz w jednym miejscu, a kończysz w zupełnie innym,
- przechodzisz do sedna – czy potrafisz w kilku zdaniach dojść do punktu, zamiast krążyć wokół tematu,
- nie uciekasz od konkretów – czy potrafisz podać przykład zamiast ogólników „I always try my best”,
- umiesz przyznać się do niewiedzy – „I haven’t worked with this tool, but I used something similar…”, zamiast kombinować.
To wszystko ma często większy wpływ na decyzję niż to, czy błędnie postawiłeś „the” albo pomyliłeś „in” z „on”. Firma szuka osoby, z którą da się pracować na co dzień – a nie maturzysty idealnie recytującego listę czasowników nieregularnych.
Jak przygotować się do rozmowy po angielsku bez zakuwania podręcznika
Zamiast losowo „szlifować angielski”, da się przygotować celowo – pod rozmowę i konkretną rolę. Sprawdza się prosty, kilkudniowy plan.
1. Rozpisz swoje historie zawodowe po polsku
Najpierw w ogóle zapomnij o angielskim. Weź kartkę lub dokument i wypisz:
- 2–3 projekty, z których jesteś dumny,
- 1–2 sytuacje trudne / konfliktowe,
- 1 sytuację, w której popełniłeś błąd i wyciągnąłeś wnioski,
- co konkretnie robiłeś na ostatnich 1–2 stanowiskach.
To są materiały, na których „stoi” rozmowa – niezależnie od języka.
2. Przełóż historie na prosty angielski
Teraz dopiero tłumaczysz. Nie na „piękny” angielski, tylko na klarowny i prosty. Jeśli nie znasz jakiegoś słowa, od razu ucz się z opisem, nie pojedynczym wyrazem. Zamiast notatki:
- „wąskie gardło – bottleneck”
zapisz:
- „We had a bottleneck – one part of the system was very slow and blocked everything.”
Takie zdanie później łatwiej przywołać w stresie niż „luźne” słówko.
3. Przećwicz mówienie na głos
Cicha lektura nie przygotuje Cię na rozmowę. Kilka opcji, które realnie działają:
- nagrywanie się telefonem – przez 2–3 minuty opowiadasz po angielsku o jednym projekcie; potem odsłuchujesz i poprawiasz najbardziej koślawe fragmenty,
- symulowana rozmowa – prosisz znajomego, żeby czytał z kartki pytania typu „Tell me about a challenge at work”, a Ty odpowiadasz,
- rozgrzewka przed rozmową – 10 minut wcześniej mówisz do siebie po angielsku (np. opisujesz, co robiłeś dziś rano). Chodzi o „przełączenie” mózgu.
Po kilku takich sesjach zauważysz, że zdania sklejają się szybciej, a w rozmowie nie musisz już tyle „tłumaczyć w głowie”.
Typowe błędy Polaków na rozmowie po angielsku (i jak ich uniknąć)
Da się zauważyć powtarzalne potknięcia, które psują ogólne wrażenie, chociaż sam angielski „daje radę”. Większości z nich można uniknąć, jeśli wiesz, na co uważać.
- Przesadne przepraszanie
„Sorry for my English”, „My English is terrible”, „I didn’t use English for 10 years”… Taki wstęp ustawia Cię w oczach rekrutera niżej niż trzeba. Zamiast tego spokojnie:
„I don’t use English every day, so I may need a second to think sometimes, but it shouldn’t be a problem.” - Uczenie się odpowiedzi na pamięć
Widać to od razu: nienaturalne tempo, zero reakcji na dodatkowe pytania. Lepiej mieć punkty niż wyuczone akapity. Zapisz sobie hasła, nie całe zdania. - Zbyt ogólnikowe odpowiedzi
„I am very flexible”, „I am hard-working” – nic z tego nie wynika. Do każdego takiego stwierdzenia dorzuć przykład:
„I’m flexible – for example, last year we had to switch to a new tool in two weeks and I…” - Ignorowanie pytania
Stres powoduje, że kandydat opowiada „swoje”, zamiast odpowiadać. Jeśli nie jesteś pewien pytania, doprecyzuj:
„Do you mean how I organize my daily tasks or how I plan long-term projects?” - Udawanie wyższego poziomu
Zgłaszasz „C1”, a potem walczysz o każde zdanie – rekruter od razu to zauważy. Bezpieczniej pokazać stabilne B2 w praktyce niż „papierowe C1”.
Jak mówić o swoim poziomie angielskiego, żeby nie strzelić sobie w stopę
Opis poziomu języka w CV i na rozmowie często jest kompletnie odklejony od rzeczywistości. Da się to zrobić uczciwie, a jednocześnie tak, żeby dobrze wypaść.
Zamiast ogólnego: „English – B2”, lepiej użyć formy:
- „English – B2, daily use at work (meetings, emails, documentation).”
- „English – B1/B2, comfortable in calls, still working on writing skills.”
Na rozmowie możesz doprecyzować:
- „I feel comfortable in everyday work situations: meetings, emails, chats. Sometimes I need a moment to find the right word, but it doesn’t stop me from communicating.”
- „I haven’t used English a lot in my last job, but I read documentation every day and I’m getting back to speaking.”
Taka szczerość jest dla rekrutera znacznie bardziej użyteczna niż „pudełkowe” B2 wpisane, bo tak wypada. A jeśli opis jest spójny z tym, jak mówisz podczas rozmowy, buduje to zaufanie.
Dlaczego „business English” to głównie kontekst, a nie osobny język
Wiele szkół sprzedaje „specjalny” business English jak osobny produkt. Prawda jest mniej spektakularna: w 80% przypadków to ten sam angielski, tylko używany w kontekście pracy. Różnica nie polega na magicznych słówkach, ale na tym, o czym rozmawiasz.
W codziennej komunikacji biznesowej najczęściej używasz bardzo prostych konstrukcji:
- „Let’s schedule a call for tomorrow.”
- „Can you send me an update by the end of the day?”
- „We need to clarify the requirements with the client.”
- „There is a delay because we are waiting for feedback.”
Specyficzne „biznesowe” wyrażenia (stakeholder, deliverables, scope, dependencies) przychodzą naturalnie, kiedy czytasz maile, uczestniczysz w spotkaniach, piszesz statusy. To nie jest inny język, tylko słownictwo przypięte do konkretnej branży.
Dlatego rozsądniej jest skupić się na tym, żeby:
- czuć się swobodnie z prostymi czasami i strukturami,
- umieć jasno opisać zadania, problemy i terminy,
- stopniowo dodawać branżowe słownictwo z własnej pracy, a nie z losowego podręcznika do „business English”.
Jak rozwijać angielski „pod pracę”, a nie „pod testy”
Jeśli chcesz, żeby język realnie pomagał Ci w karierze, lepiej budować go na tym, co robisz zawodowo, niż na abstrakcyjnych ćwiczeniach. Kilka prostych nawyków, które mocno zmieniają sytuację w perspektywie kilku miesięcy:
Konkretne nawyki językowe, które realnie pomagają w pracy
Największy efekt dają rzeczy, które można wpleść w zwykły dzień pracy, bez „dodatkowej godziny na angielski”. Zamiast osobnego „projektu nauka języka”, dorzucasz małe elementy do tego, co i tak robisz.
- Czytaj po angielsku to, co i tak musisz czytać
Dokumentacja, artykuły branżowe, changelogi, blogi firm technologicznych – to lepsze źródło niż losowy podręcznik. Jeśli wybierasz między polską a angielską wersją dokumentu, częściej klikaj angielską. - Przestaw narzędzia na angielski
JIRA, Asana, Slack, Gmail, system operacyjny. Po kilku tygodniach słowa typu „due date”, „assignee”, „pending” same wchodzą do słownika. - Rób krótkie notatki po angielsku
Podsumowanie spotkania, lista zadań na dziś, szkic maila do klienta – nawet jeśli ostateczną wersję wysyłasz po polsku, wersja robocza może być po angielsku. - Przerzucaj pojedyncze elementy pracy na angielski
Zacznij od jednego maila tygodniowo, krótkiego komentarza w tasku czy opisania buga. Nie musisz od razu prowadzić całego spotkania.
Takie małe przesunięcia kumulują się. Po kilku miesiącach przestajesz mieć wrażenie, że „angielski to osobny tryb”, a bardziej – że to po prostu kolejny język codzienności.
Jak nie dać się złapać w pułapkę „muszę znać wszystkie słówka”
Jedna z rzeczy, która najmocniej blokuje na rozmowie, to przekonanie, że brak konkretnego słówka = porażka. Tymczasem dla rekrutera dużo ważniejsza jest umiejętność obejścia przeszkody.
Przydaje się kilka prostych strategii „ratunkowych”:
- Opis zamiast jednego słowa
Nie pamiętasz „spreadsheet”? Możesz powiedzieć: „a file, like an Excel table, with all the data”. To nie jest ładne, ale działa – rozmówca rozumie. - Parafraza
Brakuje Ci „postpone”? Użyj: „move the meeting to next week”. Zamiast „requirement”, powiedz: „what the client needs from us”. - Jasne przyznanie, że szukasz słowa
Zamiast milczeć: „I’m not sure what the right word is, but let me explain”. To pokazuje opanowanie, a nie słabość.
Rekruter słysząc takie manewry, widzi osobę, która potrafi poradzić sobie w realnej pracy. W projekcie też nie będziesz znać wszystkiego – liczy się umiejętność wybrnięcia z sytuacji, a nie słownik w głowie.
Co naprawdę znaczy „komunikatywny angielski” w oczach rekruterów
„Komunikatywny” bywa wpisywany w ogłoszeniach na zasadzie kopiuj-wklej, ale za tym słowem zwykle stoją bardzo konkretne oczekiwania. Dla większości ról oznacza to, że:
- rozumiesz, o czym jest spotkanie, nawet jeśli nie złapiesz każdego słowa,
- potrafisz zadać pytanie, kiedy czegoś nie rozumiesz,
- umiesz w prosty sposób streścić swoje zadania i status prac,
- nie blokujesz pracy zespołu przez to, że boisz się odezwać.
Typowy test komunikatywności na rozmowie to nie jest gramatyczny przesłuch. Raczej proste pytania w stylu:
- „Can you tell me about your last project?”
- „How do you organize your work?”
- „What do you do when there is a conflict in the team?”
Jeśli jesteś w stanie odpowiedzieć na nie w miarę płynnie, konkretnie i bez paniki – to często jest już wystarczające „komunikatywnie”. Zwłaszcza na stanowiskach, gdzie angielski nie jest głównym narzędziem pracy, tylko jednym z elementów.
Jak radzić sobie ze stresem przed częścią po angielsku
Sam poziom języka to jedno, ale rozmowę często przegrywa nie ten, kto ma słabszy angielski, tylko ten, kto bardziej się spina. Kilka rzeczy, które realnie obniżają napięcie:
- Przygotuj „bezpieczne” zdania startowe
Krótkie formuły, które możesz powiedzieć na autopilocie, np.:
„Let me think for a second.”
„I’ll give you an example from my last job.”
„That’s a good question. I would say…”
Dzięki temu nie zaczynasz odpowiedzi z miejsca totalnej pustki. - Z góry zaakceptuj, że popełnisz błędy
Celem nie jest „zero błędów”, tylko „rozumiemy się nawzajem”. Kiedy dopuścisz to w głowie, napięcie spada o poziom niżej. - Przećwicz pierwsze 5 minut rozmowy
Przed lustrem, do kamery, ze znajomym. Te same pytania wracają non stop: „Tell me about yourself”, „Why do you want to change your job?”. Im mniej improwizujesz na starcie, tym szybciej łapiesz rytm.
Jedna z częstych sytuacji: kandydat w pierwszych minutach kompletnie się zacina, a po 15 minutach mówi już o wiele swobodniej. Rekruter to widzi, ale nie zawsze ma czas i przestrzeń, żeby dać Ci te dodatkowe 15 minut „rozgrzewki”. Dlatego część przygotowań musisz zrobić sam wcześniej.
Rola rekrutera technicznego vs. HR w ocenianiu angielskiego
W firmach, gdzie angielski jest ważny (międzynarodowe zespoły, klienci z zagranicy), często oceniają Cię dwie osoby z trochę inną perspektywą.
- Rekruter HR
Najczęściej patrzy na ogólną płynność, komfort rozmowy, umiejętność słuchania i odpowiadania na pytania. Interesuje go, czy dogadasz się w codziennych sytuacjach: onboarding, feedback, integracja w zespole. - Rekruter techniczny / przyszły przełożony
Skupia się bardziej na tym, czy wyjaśnisz rzeczy związane z pracą: decyzje projektowe, problemy techniczne, współpracę z klientem. Nie analizuje akcentu czy błędów w czasach, tylko czy rozumie, co chcesz przekazać.
Dlatego podczas przygotowań dobrze jest przećwiczyć dwa typy tematów: ogólne (motywacja, styl pracy) i techniczne (projekty, narzędzia, procesy). Nie chodzi o idealne odpowiedzi, ale o to, żebyś nie mówił o architekturze systemu jak o pogodzie, bo brakuje Ci słów.
Czego firmy oczekują od juniora, mida i seniora w kontekście angielskiego
Wymagany poziom rzadko jest taki sam dla każdej roli. Nawet jeśli w ogłoszeniu wszędzie stoi „B2”, to w praktyce oczekiwania się różnią.
- Junior
Najczęściej wystarczy, że zrozumiesz zadanie, dopytasz, kiedy czegoś nie wiesz, oraz opiszesz podstawowe problemy. Od juniora rzadko oczekuje się prowadzenia rozmów z klientem, ale może być potrzebna obecność na spotkaniach i rozumienie kontekstu. - Mid
Tutaj rośnie nacisk na samodzielność. Oczekuje się, że poradzisz sobie na codziennych stand-upach, napiszesz sensownego maila, podsumujesz status prac lub wyjaśnisz blokery. Nikt nie wymaga prezentacji na poziomie TEDx, ale brak swobody zaczyna być widoczny. - Senior / lider
Dochodzi rola tłumacza między biznesem a zespołem. Potrzebna jest umiejętność wyjaśniania decyzji, negocjowania zakresu, łagodzenia napięć. Tu liczy się nie tylko język, ale i dojrzałość komunikacyjna – czy potrafisz spokojnie wytłumaczyć trudną sprawę osobie spoza Twojej branży.
Jeśli celujesz w wyższe stanowisko, samo „rozumiem wszystko, ale boję się mówić” zaczyna być barierą. Wtedy sensowniej jest zainwestować czas w ćwiczenie mówienia w realnych kontekstach niż w kolejny test online z gramatyki.
Jak użyć rozmów rekrutacyjnych jako treningu angielskiego (bez traktowania ich jak kursu)
Rozmowy rekrutacyjne nie zastąpią nauki, ale mogą być świetnym „sprawdzianem w boju”. Chodzi o to, żeby nie kończyć ich tylko z myślą „poszło / nie poszło”, lecz wyciągać konkretne rzeczy do poprawy.
- Po każdej rozmowie zapisz 3–5 rzeczy
Co sprawiło Ci największą trudność? Jakie pytanie zaskoczyło Cię po angielsku? Jakie słówko lub wyrażenie chciałeś powiedzieć, ale go zabrakło? Spisz to od razu po callu. - Uzupełnij luki od razu po spotkaniu
Jeśli podczas rozmowy zabrakło Ci słowa „delegować”, po spotkaniu dopisz sobie:
„I delegated part of the work to my colleague.”
oraz jedno–dwa zdania z tym czasownikiem. Wtedy przy kolejnym podejściu to słowo już „leży” pod ręką. - Nagraj krótkie podsumowanie po angielsku
2–3 minuty: jak się czułeś, co poszło dobrze, co gorzej. To zamienia jednorazowe doświadczenie w realny trening.
Przy takim podejściu każda rozmowa staje się cegiełką, a nie tylko „było, minęło”. Nawet jeśli oferta nie wpadnie, poziom angielskiego i obycie z rozmowami idą w górę.
Gdzie jest granica między naturalnym akcentem a niezrozumiałością
Mit numer dwa (zaraz po „muszę mieć business English”): „muszę mówić jak native speaker”. Dla większości ról w ogóle nie o to chodzi. Rekruterzy są przyzwyczajeni do przeróżnych akcentów – indyjskiego, niemieckiego, francuskiego, polskiego.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy:
- końcówki słów są tak „połykane”, że trudno rozróżnić liczby / czasy,
- intonacja jest tak płaska, że trudno wyłapać, czy to pytanie, czy stwierdzenie,
- słówka są przekręcane do tego stopnia, że trzeba się domyślać z kontekstu.
Da się to poprawić bez obsesji na punkcie idealnego akcentu. Pomagają:
- krótkie nagrania native speakerów z transkrypcją (np. podcasty, filmiki na YouTube) – najpierw słuchasz, potem powtarzasz na głos całe zdania,
- nagrywanie siebie i porównywanie z oryginałem – nie chodzi o kopię 1:1, tylko o to, żeby brzmieć wyraźniej,
- skupienie na klarownej wymowie kluczowych słów branżowych – narzędzi, nazw ról, najważniejszych pojęć w Twojej pracy.
Polski akcent sam w sobie nie jest problemem. Kłopot zaczyna się dopiero tam, gdzie przez wymowę przestajesz być rozumiany albo brzmisz tak niepewnie, że ludzie zakładają, że masz dużo niższy poziom, niż naprawdę masz.
Jak samodzielnie zbudować „mini program” pod swoją branżę
Zamiast ogólnego „muszę poprawić angielski”, dużo lepiej działa konkretny, kilkutygodniowy plan związany z Twoją specjalizacją. Przykładowa struktura, którą można łatwo dostosować:
- Tydzień 1–2: fundamenty komunikacji w pracy
Wybierz 10–15 typowych sytuacji z Twojej codzienności (statusy, zgłaszanie problemu, proszenie o pomoc, umawianie spotkania). Do każdej przygotuj po 2–3 proste zdania po angielsku, np.:
„We have a small delay because…”
„I need your input on this task before I continue.” - Tydzień 3–4: historie projektowe
Rozwiń 2–3 swoje projekty: co to było, jaki był Twój udział, co poszło dobrze, co źle. Zrób z tego krótkie, 2–3-minutowe opowieści i przećwicz je na głos. - Tydzień 5–6: słownictwo branżowe
Przez kilka tygodni zbieraj słowa i frazy, które rzeczywiście pojawiają się w Twojej pracy (z maili, dokumentacji, spotkań). Do każdego dopisz własne zdanie. Bez list po 100 słówek – lepiej 30, ale „oswojonych w zdaniach”.
Taki plan nie wymaga godziny dziennie. Czasem wystarczy 15–20 minut, ale wykonywane regularnie i z myślą o konkretnym celu: swobodniejsze rozmowy o pracy i pewniejsze przejście przez rekrutację.
Dlaczego nastawienie do błędów jest ważniejsze niż sam poziom
Dwie osoby na tym samym poziomie języka potrafią wypaść na rozmowie zupełnie inaczej. Różnica często leży w tym, jak reagują na swoje potknięcia.
- Osoba A – myli czas, zacina się, mówi: „Oh, sorry, my English is bad”, traci wątek, próbuje poprawić każde zdanie w locie.
- Osoba B – też myli czas, poprawia się krótkim: „I mean, we did that last year”, idzie dalej z historią, utrzymuje kontakt wzrokowy.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Co to właściwie jest business English i czy to naprawdę „osobny” język?
Business English to w praktyce zwykły angielski ogólny, używany w kontekście pracy: w mailach, na spotkaniach, w prezentacjach czy rozmowach z klientami. Nie jest to osobny dialekt ani „tajemniczy język dla korpo”, tylko ten sam angielski, którego uczysz się na standardowych kursach, uzupełniony o trochę słownictwa biurowego i branżowego.
Mit o osobnym business English jest często podkręcany przez marketing szkół językowych i ogłoszenia o pracę. W większości zawodów wystarczy solidny poziom ogólny (B1/B2) i umiejętność przeniesienia go na typowe sytuacje zawodowe.
Czy muszę skończyć specjalny kurs business English, żeby starać się o pracę w międzynarodowej firmie?
Nie, w zdecydowanej większości przypadków nie potrzebujesz „dedykowanego” kursu business English, żeby poradzić sobie w międzynarodowym środowisku. Ważniejsze jest, czy potrafisz w miarę płynnie opowiedzieć o swoich obowiązkach, projektach, planach i problemach, niż to, czy masz certyfikat z kursu o nazwie „business”.
Jeśli Twój ogólny angielski jest na poziomie B1/B2, lepszą inwestycją czasu jest ćwiczenie realnych sytuacji z Twojej branży (maile, rozmowy projektowe, prezentacja wyników) niż kupowanie kolejnego „magicznego” kursu.
Czego tak naprawdę oczekują rekruterzy, gdy w ogłoszeniu piszą „wymagany business English”?
Pod tym hasłem najczęściej kryje się proste pytanie: czy jesteś w stanie normalnie pracować po angielsku. Rekruter chce mieć pewność, że bez ciągłej pomocy innych:
- zrozumiesz maila, taska czy procedurę,
- wyjaśnisz, czym się zajmujesz i jaki masz problem,
- weźmiesz udział w spotkaniu i nie zablokujesz się przy byle stresie.
Niewielu rekruterów oczekuje perfekcyjnego akcentu czy poziomu C2. Dla nich ważniejsze jest to, czy dogadasz się z zespołem i klientem oraz czy Twoja komunikacja jest jasna, nawet jeśli popełniasz błędy.
Jak rekruter sprawdza mój angielski na rozmowie kwalifikacyjnej?
Najczęściej robi to w kilka minut rozmowy po angielsku, zwracając uwagę nie na „test z gramatyki”, ale na praktyczne elementy. Sprawdza, czy:
- potrafisz wejść w lekki small talk i przywitać się bez blokady,
- umiesz w 2–3 zdaniach opowiedzieć o swojej roli i projektach,
- radzisz sobie z dodatkowymi pytaniami i prośbami o przykłady,
- rozumiesz sens pytań i potrafisz go sparafrazować,
- utrzymujesz rozmowę mimo stresu.
Dla rekrutera ważniejsze jest, żebyś mówił jasno i reagował na pytania, niż to, czy Twoje zdania są „podręcznikowo idealne”.
Czy muszę znać dużo specjalistycznego słownictwa, żeby wypaść dobrze po angielsku na rozmowie o pracę?
Nie, obsesyjne skupianie się na „mądrych słówkach” zwykle bardziej przeszkadza niż pomaga. Dużo ważniejsze jest, żebyś umiał prosto wyjaśnić, co robiłeś, z jakimi problemami się mierzyłeś i jakie osiągnąłeś efekty, nawet używając podstawowego słownictwa.
Rekruter wyżej oceni kogoś, kto potrafi powiedzieć: „The client changed the requirements, so we had to redesign the whole module”, niż osobę, która szuka bardzo wyszukanych słów, ale gubi sens wypowiedzi. Jeśli nie znasz terminu, opisz go prostym językiem – to naturalne i dobrze widziane.
Jaki poziom angielskiego (B1, B2, C1) jest realnie potrzebny do pracy?
W wielu ogłoszeniach pojawia się „minimum B2”, czasem „C1”, ale firmy często używają tych oznaczeń dość umownie. Najczęściej chodzi o to, byś:
- bez większego problemu rozumiał maile, dokumenty i rozmowy w swojej dziedzinie,
- umiętnie tłumaczył, co robisz i czego potrzebujesz,
- radził sobie w typowych sytuacjach zawodowych (spotkania, statusy, krótkie prezentacje).
Solidne B1/B2 z angielskiego ogólnego, przećwiczone na sytuacjach z Twojej pracy, często w zupełności wystarczy. C1 bywa wymagane na stanowiskach, gdzie większość komunikacji to angielski (np. consulting, sprzedaż międzynarodowa, rola trenerska), ale nawet tam kluczowa jest płynna, jasna komunikacja, a nie idealna poprawność.
Jak przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej po angielsku, jeśli czuję, że nie mam „business English”?
Zamiast kupować kolejny kurs z górnolotną nazwą, skup się na przećwiczeniu konkretnych zadań, których rekruter rzeczywiście będzie oczekiwał. Przećwicz na głos:
- krótkie przedstawienie się i opis swojej roli,
- 2–3 najważniejsze projekty: cel, Twoja rola, efekty, problemy,
- odpowiedzi na typowe pytania: „biggest challenge”, „strengths and weaknesses”, „why do you want this job?”.
Ćwicz parafrazowanie (jak inaczej powiedzieć to samo) i zadawanie pytań, gdy czegoś nie zrozumiesz. To znacznie lepiej przygotuje Cię do realnej rozmowy niż nauka listy „biznesowych” zwrotów bez kontekstu.
Kluczowe obserwacje
- „Business English” w większości przypadków nie jest osobnym językiem, tylko zwykłym angielskim ogólnym używanym w kontekście pracy (maile, spotkania, prezentacje, dokumenty).
- Mit specjalnego „business English” szkodzi kandydatom, bo odkładają aplikowanie na lepsze stanowiska i koncentrują się na „mądrych słówkach” zamiast na realnej komunikacji.
- W praktyce angielski w firmach to głównie: pisanie i czytanie wiadomości, udział w spotkaniach, proste prezentacje, rozmowy 1:1 oraz czytanie dokumentacji.
- Solidny poziom ogólnego angielskiego B1/B2 zwykle wystarcza do pracy – kluczowe jest umiejętne przeniesienie znanych struktur i słownictwa do sytuacji zawodowych.
- Rekruterzy nie oczekują perfekcji językowej ani akcentu, tylko sprawdzą, czy kandydat potrafi swobodnie komunikować się w codziennych zadaniach i sytuacjach stresowych.
- W trakcie rozmowy ważniejsze od terminologii są: płynność wypowiedzi mimo błędów, umiejętność parafrazy, zadawanie jasnych pytań i brak blokady w kontakcie z różnymi akcentami.
- Krótka rozmowa po angielsku pozwala rekruterowi ocenić small talk, opis doświadczenia, reagowanie na dodatkowe pytania oraz rozumienie treści – a nie znajomość „korpo-idiomów”.






